LICENCJA NA ZABIJANIE ! ? !
Rzecz, którą zamierzam opisać, niewiele ma wspólnego z Jamesem Bondem, ma natomiast wiele wspólnego z naszym rzemiosłem oraz Izbami Rzemieślniczymi. Miejscem akcji tym razem nie jest jakiś egzotyczny kraj, lecz Dolny Śląsk, a bliżej Wrocław i Dolnośląska Izba Rzemieślnicza i Drobnej Przedsiębiorczości we Wrocławiu wraz ze swoim Prezesem. Czas akcji to koniec grudnia 2001 roku. Opuśćmy na razie miejsce akcji i w formie dygresji przekażmy kilka informacji. Na Dolnym Śląsku z wykonywania - lepiej lub gorzej - zawodu kominiarza utrzymuje się około 400 osób, zrzeszonych w różnych organizacjach i pracujących w różnych formach organizacyjnych: jako rzemieślnicy prywatni będący właścicielami swoich warsztatów, tworzący spółki oraz zrzeszeni w spółdzielniach kominiarskich. W roku 1994 pojawiła się nie wiadomo skąd grupka ludzi mieniących się kominiarzami, jest ich około 10 osób - to, że znajdują się poza środowiskiem, wcale im ani też Prezesowi Izby Rzemieślniczej nie przeszkadza. Charakteryzuje ich kilka rzeczy: przede wszystkim niewielkie kwalifikacje, nie skłamię, jeżeli powiem bliskie zeru, niskie morale, brak jakichkolwiek skrupułów, no i co najważniejsze bardzo dobre stosunki z Panem Prezesem Izby Rzemieślniczej. Pomimo istniejącej od lat komisji egzaminacyjnej w rzemiośle kominiarskim żaden z dziesiątki nie próbuje sprawdzić przed tą komisją swoich kwalifikacji. Dzięki niezwykłej łaskawości Pana Prezesa Izby udaje się natomiast powołać spośród siebie "komisję", dzięki której już cała dziesiątka może się tytułować mistrzem, co więcej zauważono również niezły sposób na zarabianie pieniędzy. Wszystkim chętnym, którzy uważają że mogą być kominiarzami, można "urządzić egzaminy" i sprzedać dyplom czeladniczy czy też mistrzowski. Nad "legalnością" interesu czuwa Pan Prezes Izby, przybywa pseudo kominiarzy, dzięki czemu będzie można nawet założyć Cech Kominiarski, no a kasa to przecież dzisiaj rzecz nie do pogardzenia. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że chciwość odbiera ludziom nie tylko wzrok, ale również i rozum. Bliski współpracownik Pana Prezesa Izby, organizator sprzedaży licencji na zabijanie - co ja piszę - dyplomów mistrzowskich, jednocześnie przewodniczący "komisji egzaminacyjnej", w związku z utratą zdolności do wykonywania zawodu od lat przebywa na rencie inwalidzkiej, o jego kwalifikacjach nie piszę, ponieważ ich nie posiada - chyba, że za kwalifikacje uznamy bliskość z Panem Prezesem. Cofnijmy się jednak do końca grudnia 2001 roku, w Izbie zjawia się z życzeniami świątecznymi dla Pana Prezesa przewodniczący komisji, poza życzeniami składa
propozycję: są chętni na kupno licencji na zabijanie - co ja gadam - chętni do kupienia dyplomów mistrzowskich, trzeba to jakoś załatwić. Nie ma znaczenia dla Pana Prezesa, że we wrześniu odbywały się egzaminy mistrzowskie, do których potencjalni kandydaci mogli przystąpić bez przeszkód. No nie, przeszkody jednak były - trzeba było się wykazać stażem pracy, przedłożyć referencje mistrza, u którego uczyło się zawodu, a przede wszystkim wykazać się wiedzą - lepszą okazała się droga na skróty. Pan Prezes Izby spośród osób wskazanych przez swojego bliskiego współpracownika w dniu 18.12.2001 powołuje z naruszeniem prawa komisję, której przewodniczy bliski współpracownik Pana Prezesa i w dniu 19.12.2002 "egzaminuje" i przydziela tytuły mistrzów w zawodzie kominiarskim. Nie ma większego znaczenia dla Pana Prezesa fakt, że żaden z członków powołanej przez niego komisji nie posiada: wiedzy, umiejętności i kwalifikacji do tego, aby zasiadać w Państwowej Komisji Egzaminacyjnej. Tak więc staranie się o czystość zawodu, wysokie kwalifikacje i morale sięgnęło absurdu. Małym ludzikom, którzy przypadkowo dostali się na jakieś stanowisko, pomieszało się z pychy w głowie, uznali, jak Napoleon, że prawo to ja. Tak więc dzisiaj mamy sytuację, którą można przyrównać do nie wiem czego już, np. woźny w liceum będzie wystawiał świadectwa maturalne czy też sprzątaczka w uniwersytecie będzie prowadziła obrony prac magisterskich - nierealne?!?!, na pewno możliwe - my również sądziliśmy, że na dyplom mistrzowski trzeba ciężko zapracować - życie pokazuje, że nie jest to prawdą.
Oczywiście poznaliśmy mechanizm, tak więc nie powinno już na Dolnym Śląsku nikogo dziwić, jeżeli w wyremontowanej przez mistrza łazience odpadną kafelki, czy też w samochodzie naprawianym przez mistrza po wyjeździe z warsztatu odpada koło, należy przypuszczać, że swoje dyplomy otrzymali w podobny sposób, co opisywani wyżej pseudo kominiarze.
Jedyny sposób na przerwanie tego procederu to, moim zdaniem, należy Izbom Rzemieślniczym odebrać
prawo powoływania komisji egzaminacyjnych i prawo przeprowadzania egzaminów kwalifikacyjnych. Istnieją obecnie już Państwowe Komisje Egzaminacyjne, przepisami należałoby uregulować dokooptowanie do ich składu fachowców z danej dziedziny o wysokich kwalifikacjach, natomiast wszelkie opłaty egzaminacyjne powinny trafiać do budżetu państwa, a nie do kas Izby. Myślę również, że tworzenie Izb Samorządowych na wzór izby architektów, budowlańców, urbanistów pozwoli ten proceder ukrócić; wprawdzie Związek Rzemiosła protestował przeciwko tworzeniu się Izb, ale dopóki będzie się tolerować przypadki opisane powyżej, dotąd będą silne tendencje zmierzające do ograniczenia roli czy też wręcz likwidacji Izb Rzemieślniczych.
Mistrz kominiarski
inż. Jan Budzynowski
|