Zagadnienie zadymiania miast Do najaktualniejszych zagadnień, które interesują szeroki ogół właścicieli domów, urbanistów i kominiarzy i to nie tylko u nas, ale i za granicą należy w ciągu ostatnich kilku lat sprawa oddymiania miast. Komuś nie wtajemniczonemu mogłoby się wydawać, że praca komisji dla oddymienia miast polega na usunięciu tych palenisk, które w czasie palenia wytwarzają dym i że wobec tego taka komisja podoła wszystkiemu. Słyszy się nawet zdania, że kominiarze w akcji oddymiania miast nie są potrzebni. Nic bardziej fałszywego. W naszych warunkach niskiej naogół stopy życiowej - paleniska gazowe i elektryczne, zwłaszcza o ile chodzi o ogrzewanie mieszkania, pozostaną na długo "przywilejem bogaczy". A tymczasem oddymianie miast musi być konieczne i musi być przeprowadzane racjonalnie i umiejętnie. Nie jest to sprawa łatwa, jakby się napozór zdawało. W Londynie np. zaprojektowano w swoim czasie budowę kominów systemem w dół. Kominy takie przy pomocy odpowiednich motorów przeprowadzałyby dymy z palenisk, które pod działaniem zneutralizowanej wody zamieniono by na zwykłą białą mgłę. Zagadnienie oddymienia Londynu było zawsze ważnym problemem zdrowotnym, jeśli przyjąć pod uwagę, że dym tamtejszy mieszał się ze słynną mgłą londyńską. Piękny projekt nie został jednak zrealizowany z powodu olbrzymich kosztów tej budowy. Na większą skalę zdołano przeprowadzić oddymienie miasta Duisburg n/Renem, gdzie wybudowano "kolonję bezdymną", obsługiwana wyłącznie przy pomocy pary, wytwarzanej w kotłowni, położonej za miastem. Urządzenia te okazały się jednak również zbyt kosztowne i w konsekwencji lokatorzy uciekli, a w domach bez kominów nikt zamieszkać nie chciał. Te dwa przykłady wymownie stwierdzają, że komisje dla oddymiania miast mają nielada kłopoty. Wprawdzie znane nam są różne sposoby oczyszczania dymu za pomocą licznych mechanicznych aparatów oczyszczających, z których żaden nie jest idealny. Po pierwsze dlatego, że założony między szlągiem a kominem, działa na sile odśrodkowej, lawiruje dym, przez co traci około 10% swej energii. Inny system, polegający na przemywaniu dymu neutralizowaną wodą jest zbyt kosztowny. Stosunkowo najtańszymi aparatami do oczyszczania dymu są t. z. elektrofiltry, które tracą stosunkowo mało energii (1%). Działanie ich polega na tym, że spaliny dymowe przechodzą przez poszczególne komórki filtrowe, naładowane elektrycznością a uziemiona blaszana elektroda przyciąga pył, który przed tym został zelektryzowany. W ten sposób pochłaniamy dymowi 90%, a tylko 10% wychodzi na zewnątrz. Ale i ten trzeci aparat, posiadający zbyt skomplikowaną konstrukcję, a nawet grożący eksplozjami - nie jest praktyczny w zastosowaniu. Wszystkie te sposoby nie nadają się do użytku domowego, tylko do większych zakładów przemysłowych. A jak przedstawia się sprawa oddymiania palenisk domowych? Oksydacje, czyli spalenia ciał, w kołach zawodowych są znane. Spalenia natomiast całkowite dają się uzyskać tylko w teorii. W praktyce jest to prawie niemożliwe, ze względu na to, że przed nałożeniem świeżej warstwy węgla, trzeba drzwiczki od paleniska otworzyć, przez co traci się temperaturę, która byłaby potrzebna do całkowitego spalenia. Pozostaje nam jednak zawsze możność lepszego spalenia a to przez dostarczenie odpowiedniej ilości tlenu (na metrze kw. z ruszty spala się na godzinę 120 do 180 kg węgla). Przypatrzmy się dokładnie naszym paleniskom, a zauważymy, że powietrze, które dochodzi przez ruszta do paleniska, jest przeważnie zaobfite, co powoduje, że gazy wydzielające sie z paliwa nie spalają się całkowicie i wychodza nazewnątrz w postaci sadzy i dymu. Sadza - zależnie od swego rodzaju, ciągu i wysokości komina - zbiera sie do pewnej grubości, po przekroczeniu której, traci moc przyciągania i zostaje przez ciąg wyrzucona nazewnątrz, o ile się przed tym okresem nie zapali. Niewyrzucona zaś nazewnątrz może spowodować niebezpieczeństwo. [...] Powodem zadymiania miast są przedewszystkim złe urządzenia paleniskowe, które nadomiar złego nie zawsze prawidłowo się łączą z przewodem kominowym, a po drugie nieracjonalne spalanie samego paliwa. Ażeby Czytelników lepiej zapoznać z kwestią zadymiania i postaciami pod jakimi one wystepują, zmuszony jestem podzielić zadymianie na 3 grupy, a mianowicie: 1 zanieczyszczanie powietrza; 2 na rozlatywanie się sadzy; 3 na zadymianie mieszkań. Główny nacisk należy kłaść przedewszystkim na ruszt w palenisku, przez który dochodzi tlen do paleniska, potrzebny do podtrzymywania palenia. Dostosowanie takiego rusztu nie jest rzeczą trudną, bo przecież nam wiadomo, że na powierzchni 1 m2 spala się 120-180 kg. węgla na godzinę. W Warszawie spala się w piecu kaflowym przeciętnie 8 kg. węgla, ruszt w tym wypadku powinien wynosić (biorąc średnio 160 kg. węgla) 1/20 powierzchni rusztu = 500 cm2 = 20 X 25 cm. Chcąc w tym samym ruszcie o powierzchni 20 X 25 spalić n. p. 4 kg. węgla, stracimy nietylko dużą ilość kalorii ciepła, przez za duży dopływ tlenu, który zanadto ochłodził paliwo, ale spowoduje równocześnie duże zadymienie. Bo wiadomo, że węgiel w niższej temperaturze nie może się dobrze spalić i ulatnia się przez komin. Obeznany z oksydacją, mógłby i w tym przypadku uregulować dopływ tlenu przez nie przegrzebywanie całej powierzchni rusztu z popiołu. Jeżeli natomiast palimy przy otwartym oknie, wychodząc ze słusznego założenia, że paliwu potrzebne jest świeże powietrze, to ciąg w przewodzie kominowym zostaje powiększony przez przeciąg wytworzony przez otwarte okno i przewód kominowy. Odwrotnie natomiast się przedstawia, o ile ilość opału zastosowana jest do rusztu, a ruszt jest zanieczyszczony. Powstaje brak tlenu w palenisku, co powoduje, że dym wychodzący z paleniska nasycony będzie tlenkiem węgla (CO). Słaby dostęp powietrza do paleniska pociąga za sobą zmniejszenie ciągu w kominie. Jeżeli do tego samego komina włączy się na wyższym piętrze piec, to dym przechodzący leniwie z niższego piętra przez dany przewód wychodzić będzie przez szczeliny pieca na wyższym piętrze. Zjawisko to zrozumiałe, ponieważ z braku należytego ciągu, spaliny dymowe ulatniają się tam, gdzie jest rzadsze powietrze, w tym wypadku naturalnie w pokoju, ponieważ tam jest zimową porą zawsze cieplejsze od temperatury zewnętrznej. Ten wypadek nazwiemy zadymianiem mieszkań. A rozmiar rusztu powyżej podany okaże się w tym wypadku za duży, ponieważ powietrze dochodziło w szybszym tempie do paleniska, aniżeli normalnie paliwo pochłania. Przeprowadzone badania nad dostosowaniem rusztu w tych warunkach dały ciekawe wyniki. Paląc przy otwartych oknach po 8 kg. węgla dziennie na powierzchni rusztu 20 X 25 przekonamy się, że piec się bardzo słabo rozgrzał, ale gdy codziennie taką samą ilość spalimy, temperatura pieca znacznie wzrośnie, ażeby po jakimś czasie znów wrócić do dawniejszej normy. Powód był ten, że ruszt przy takim dostępie powietrza był początkowo za duży, a przez ciągłe palenie na nim uległ częściowo zalaniu (szlaką, która powstaje z rozżarzonego węgla w wysokiej temperaturze, bez dopływu powietrza) co spowodowało że dochodziło tyle powietrza ile było właśnie potrzebne paliwu. W tym czasie piec wykazywał największą temperaturę, która naturalnie zmalała z dalszym zalaniem rusztu. Wyregulowanie nie natrafia na żadne trudności, bo łatwo można usunąć tę szlakę, a można część jej pozostawić, o ile jest to dla zmniejszenia rusztu potrzebne. Po rozpaleniu w piecu kuchennym, w którym pali się przeważnie przez cały dzień, należy świeżą warstwę węgla tak rozłożyć, ażeby tylko część rozżarzonego węgla została nie nakryta przez co damy możność spalenia tym cząstkom węgla, które przeciągają nad rozżarzoną warstwą węgla w kierunku komina. W wysokiej temperaturze spala się paliwo o wiele lepiej. Gdy n. p. paliwo przy rozpaleniu daje silny dym, to przy nałożeniu drugiej warstwy paliwa w takiej samej ilości (gdybyśmy się nawet nie zastosowali do powyższej wskazówki) będziemy mieli mniejsze dymienie ze względu na podniesienie temperatury zapalności. O tym można się przekonać rzucając na rozżarzony węgiel n. p. kawałek węgla smolnego (wzdłuż rusztu) który przy zapaleniu w niskiej temperaturze silnie się kopci, to zamiast wychodzącego dymu widzimy języczki ogniste. A część bliska otworu do którego wpada powietrze i ochładza paliwo będzie się lekko kopciła, a zmuszona do przejścia nad rozżarzonym węglem spala się również. Z Kominiarza i Techniki, (Schornsteinfeger und Technik) dodatku fachowych pism kominiarskich w Niemczech dowiadujemy się, że Wydział dla techniki przy gospodarstwie leśnym, który planowo przeprowadzał badania nad lepszym wyzyskaniem ciepła przy spalaniu drzewa dowiódł, że ciepło które wytwarza się podczas spalania drzewa w gospodarstwach domowych dało się wyzyskać do 40%. Na podstawie przeprowadzonych doświadczeń skonstruowano specjalne palenisko do spalania drzewa w którym zyskuje się dalsze 40% czyli 80%. Nadleśniczy D-r von Monroy tłumaczy to w ten sposób, że drzewo jest bogate w tlen i spala sie przy stosunkowo małym dopływie powietrza, musi być przeto na małym ruszcie spalone. W przeciwnym bowiem razie ulatnia się ciepło przez komin. Z drugiej strony posiada drzewo znaczną ilość składników smolnych; te tylko wtedy będą dobrze zużyte, jeżeli dopuścimy drugi strumień powietrza, ale tym razem z góry t. zw. powietrze górne*, które przedtem ogrzejemy, co spowoduje zapalenie się gazów (Schwelgase), a równocześnie powoduje spalanie dymu. Ogrzanie powietrza górnego polega na tym, że przeprowadza się go przez boczne otwory położone blisko paleniska. Doświadczenie to powinno mieć duże znaczenie dla naszej stolicy. O ile się zważy, że w warszawskich piekarniach przeważnie pali się drzewem, to wiadomo że 60% drzewa się marnuje, wychodzi nazewnątrz i zatruwa nam powietrze, a Władze Budowlane jak i Wydział Przemysłowy mają dużo kłopotu z powodu licznych skarg ze strony publiczności, z powodu zadymiania i zasypywania sadzą ich mieszkań. Jak reagują na to odnośne czynniki - niewiadomo. Wiadomo natomiast, że zmniejszono ilość czyszczeń kominów piekarskich z czterech na trzy i dwa razy w miesiącu. Jest to tym smutniejsze, że nastąpiło to w okresie walki z zadymianiem miast. Godni pochwały warszawscy właściciele piekarń, którzy widać starają się choć w części ulżyć publiczności, nie wykorzystali prezentu, cytowanego przez Zarządzenie w sprawie miejscowych przepisów o czyszczeniu kominów w m. st. Warszawie i w wypadkach koniecznych żądają czyszczenia nawet 2 razy w tygodniu. W dużej mierze przyczynia się do zadymiania miasta stoł. Warszawy zbyt wąska (w przekroju) budowa kominow przemysłowych. Skutek jest ten, że osad smolny, który wewnątrz się nagromadził grozi więcej samozapaleniem się, a niżeli w szerokich przełazowych kominach, w których ciepło bardziej się może rozchodzić. Poza ty niema możliwości oddrapania sadzy, albo dokładnego wylepienia go gliną. Musi być specjalnie wypalony (o ile się sam nie wypali). Nie mówiąc już o niebezpieczeństwie powoduje to zadymienie powietrza, zależnie od pogody (do 1/2 kilometra odległości). Swąd ten znany jest nieomal wszystkim mieszkańcom Warszawy, chociaż nie zawsze kolegom na dalekiej prowincji, gdzie warunki budowlane są daleko lepsze. Art. 240 ustawy - rozporządzenie z dnia 16 lutego 1928 r., o prawie budowlanym i zabudowaniu osiedli, nie określa przekroju komina dla zakładów przemysłowych, a pozostawia to dowolnej ocenie władzy budowlanej. Mimo bardzo ciężkiej pracy, jakiej wymaga czyszczenie szerokich kominów, dla zmniejszenia zadymienia miasta, zakłady przemysłowe powinny mieć kominy przekroju 47 X 47 cm. Zniknięcie przełazowych kominów w m. st. Warszawie należy do historii miasta. Jeden z komendantów Straży Ogniowej Warsz. Słysząc, że kominiarze drapiąc się wewnątrz komina po gołych ścianach i że z powodu sadzy, która na nich osiada są tacy czarni, zlitował się nad ich dolą i na początku 19 wieku spowodował rozporządzenie generał-gubernatora, nakazujące przebudowanie kominów przełazowych na Starym Mieście na nieprzełazowe. Z tego powodu nawet w nowych domach nie budowano przełazowych kominów dla zakładów przemysłowych. Przedruk z "Kominiarza
Polskiego" maj-czerwiec 1937 r. |