Z księgarskiej półki
Nakładem Wrocławskiego Domu Wydawniczego ukazała się książka Marka Perzyńskiego "Pierniki z... apteki. Polskie tradycje, kultura i rzemiosło". W tej interesującej pozycji jest wiele bardzo ciekawych informacji o różnych rzemiosłach. Możemy się dowiedzieć, w jakiej komisji brał udział Wojciech hrabia Dzieduszycki (!str.240).
O nie tylko wrocławskim kominiarstwie traktuje rozdział:
"MUSZKIETEROWIE
WROCŁAWSKICH DACHÓW
Na dole stali członkowie komisji egzaminacyjnej ze stoperami w ręku. Kandydat na czeladnika kominiarskiego musiał wejść do środka komina, po czym... w określonym czasie przejść jego kanałami na sam dach. Bo kominiarz niczego nie może się bać - twierdzi Krzysztof Szałajko, prezes w największej w Polsce spółdzielni kominiarskiej "Florian" we Wrocławiu, która w 2001 roku obchodziła półwiecze swej działalności.
Kominiarz chodzi po dachach, jest więc jak akrobata. Jeśli kandydat przeszedł kominem na dach, zdał podwójny egzamin: z umiejętności sprawnościowych i z odporności psychicznej. Później, jeśli było trzeba, jeszcze wielokrotnie wchodził do czarnej czeluści i wycierał sadzę własnym ubraniem. Dotyczyło to zwłaszcza kominów szerokich, tzw. przełazowych, budowanych m.in. w piekarniach. Ale to już przeszłość - nie ma już takiego egzaminu, a i kominiarz zamiast własnych rękawów używa specjalistycznych urządzeń oraz szczotek: metalowych - do przewodów dymowych, plastikowych - do spalinowych. Kiedyś szczotki były brzozowe.
To, że kominiarz podczas egzaminu nie musi wchodzić już do wnętrza komina, nie oznacza, że może się bać małych pomieszczeń, ciemności i tego, że w kominie zostanie na zawsze (a tak się zdarzało). To właśnie
dlatego kominiarze wymyślili tzw. gwizdek, czyli sygnał, którego znaczenie znają tylko oni."
Tyle cytat. Dalsze wiadomości o gwizdku, strojach, cechach, historii, ale też teraźniejszości i przyszłości kominiarskiego rzemiosła, można przeczytać w tej unikalnej książce.
(p.p.)
|